Szukaj

Co w Strasburgu piszczy…

blog poświęcony orzecznictwu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka

Autor

Maciej Lubiszewski

Związki partnerskie dla hetero (?)

Dzisiejszy (03.02.18) The Daily Telegraph na pierwszej stronie donosi o rewolucyjnych zmianach w brytyjskim prawie małżeńskim, które zapowiedział rząd Jej Królewskiej Mości.

Jedną z nich ma być udostępnienie związków partnerskich parom heteroseksualnym. Ma to być odpowiedź na postulaty formułowane przez niektóre pary, które nie chcą wchodzić w związki małżeńskie, a którym prawo brytyjskie nie pozwala zawrzeć związków partnerskich.

Coś w tym jest.

Związki partnerskie wprowadzono na wyspach w 2004 r. Był to – cytuję za Telegrafem – „pierwszy krok na drodze do legalizacji małżeństw jednopłciowych”. Proces ten zakończył się w 2014 roku. Obecnie pary homoseksualne mogą zawrzeć związek partnerski albo małżeński. Parom heteroseksualnym nie dano takiego wyboru – pozostaje im jedynie „stare dobre małżeństwo”.

Ten tekst od razu skojarzył mi się z całkiem niedawnym wyrokiem w sprawie Ratzenböck i Seydl przeciwko Austrii (26.10.17 r.).

Para Austriaków – Pani Helga Ratzenböck i Pan Martin Seydl. Od wielu lat żyli sobie na tzw. kocią łapę. Kiedy w 2010 r. weszła w życie ustawa o rejestrowanych związkach partnerskich postanowili zarejestrować swój związek.

Okazało się jednak, że z dobrodziejstwa ustawy mogą korzystać jedynie pary homoseksualne, co potwierdziły wszystkie instancje krajowe.

Para złożyła skargę do Strasburga twierdząc, że stała się ofiarą traktowania dyskryminacyjnego polegającego na odmowie dostępu do instytucji rejestrowanego związku partnerskiego wyłącznie na podstawie płci i orientacji seksualnej.

Oczywiście podstawą był art. 14 w zw. z art 8 EKPC.

Nie chcę zamęczać Czytelników obszernym omawianiem tego orzeczenia. Warto jednak przypomnieć, że zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Trybunału traktowanie dyskryminacyjne dotyczy odmiennego traktowania osób znajdujących się w analogicznych lub istotnie podobnych (relevantly similar) sytuacjach oraz gdy to odmienne traktowanie nie znajduje obiektywnego i racjonalnego uzasadnienia (objective and reasonable justification).

Trybunał dostrzegł podobieństwo sytuacji, w jakiej znajdują się pary homo- i heteroseksualne domagające się od władz prawnego uznania i ochrony ich związków.

Mimo to sędziowie – w każdym razie większość składu orzekającego – uznali, że władze austriackie wprowadziły związki partnerskie dostępne wyłącznie parom jednopłciowym jako substytut związku małżeńskiego, do którego pary te nie miały prawa. Zresztą instytucje te stopniowo zbliżano do siebie i obecnie nie występują pomiędzy nimi substancjalne różnice.

Chodziło więc o prawne uznanie ich związków, co w przypadku par heteroseksualnych jest już realizowane przez związek małżeński.

W konsekwencji Trybunał uznał, że skarżący nie znajdują się w porównywalnej sytuacji względem par homoseksualnych.

Wyrok zapadł większością 5 do 2. Trzech sędziów sporządziło swoje opinie, które są dołączone do wyroku.

Sędzia łotewski Mārtiņš Mits w opinii aprobującej podzielił stanowisko większości, jednak uznał, że uzasadnienie braku wystąpienia porównywalnej sytuacji wymaga rozwinięcia.

Z kolei sędzia gruzińska Nona Tsotsoria oraz sędzia bułgarski Yonko Grozev złożyli opinię odrębną. Uznali bowiem, że pary hetero- i homoseksualne znajdują się w sytuacji porównywalnej i należało zbadać, czy odmienne traktowanie było uzasadnione – ich zdaniem nie było.

Mnie bardziej przekonuje rozumowanie tej dwójki sędziów będących w opozycji do werdyktu. Pary homo- i heteroseksualne domagające się prawnego uznania swych związków przez władze krajowe znajdują się w porównywalnej sytuacji. Dostrzegł to sam Trybunał w sprawie Schalk i Kopf (sprawa pary jednopłciowej), badając zasadność odmiennego traktowania. W sprawie Ratzenböck i Seydl mógł postąpić tak samo.

Aktualnie rozpatrywany jest wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy (Wielka Izba).

Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Być może Trybunał będzie miał okazję uwzględnić szerszy kontekst sprawy, jak np. postulaty zgaszane w Wielkiej Brytanii (gdzie, w przeciwieństwie do Włoch, pary jednopłciowe mogą zawrzeć nie tylko związek partnerski, ale także małżeństwo), od których zacząłem niniejszy wpis.

Maciej Lubiszewski

Reklamy

Ekscentryczna wdowa

Staram się regularnie przeglądać nowości strasburskie. Dziś (23.01.2018) ogłoszono m.in. wyrok w sprawie Faludy-Kovács przeciwko Węgrom.

Sprawa może zainteresować studentów IV roku Prawa WPiA UWM, których od kilku tygodni katuję orzecznictwem dotyczącym wolności ekspresji i jej styku (zderzenia) z prawem do poszanowania życia prywatnego. Na kolokwium często pytam o kryteria ze sprawy von Hannover (nr 2).

Tej fantastycznej (w zdecydowanej większości) młodzieży dedykuję niniejszy wpis – w omówionym niżej wyroku Trybunał wykorzystał właśnie te kryteria.

Skarżąca jest wdową po słynnym węgierskim poecie. Ich związek był przedmiotem żywego zainteresowania tabloidów – oboje byli celebrytami.

W 2008 r. – dwa lata po śmierci poety w jednej z gazet ukazał się wywiad ze skarżącą. Jak na celebrytkę przystało, postanowiła uraczyć gawiedź jakąś sensacyjką. Podzieliła się swoim pomysłem na połączenie znakomitych genów jej oraz jej zmarłego męża i stworzenie geniusza. Do tego celu chciała wykorzystać wnuka poety i swoją siostrę.

Chwyciło. Wkrótce największy tygodnik węgierski tę „mądrość” opublikował, nie stawiajac przy tym skarżącej w szczególnie korzystnym świetle. Tytuł artykułu (na pierwszej stronie!) brzmiał „Deptanie pamięci Faludy’ego. Wdowa robi wszystko dla jupiterów„. Najgorsze było jednak to, że – mimo nalegań wdowy – w tekście nie wspomniano o książce poświęconej zmarłemu poecie, która miała się ukazać. Skarżąca wprawdzie wyprosiła kolejny artykuł – tym razem zapowiadający książkę, jednak następne prośby wdowy zostały już zignorowane.

I wtedy skarżąca zorientowała się, jak wielką krzywdę wyrządził jej tygodnik tym pierwszym artykułem. Pozwała wydawcę domagając się m.in. 4 mln Forintów (sami to sobie policzcie, kiedy jestem na Węgrzech nigdy nie jestem w stanie stwierdzić, czy płacę dużo czy mało).

Nie chcę tu omawiać wyroków sądów węgierskich. łatwo się domyślić, że nie były po myśli Pani Faludy-Kovács – zwłaszcza wyroki sądu apelacyjnego i Kurii, które m.in. uznały tytuł artykułu za sąd wartościujący (value judgment) a nie stwierdzenie faktu (statement of fact). Ponadto był to pogląd ściśle korespondujący z „osobliwymi” oświadczeniami samej powódki – nie był więc pozbawiony jakichkolwiek podstaw faktycznych.

Europejski Trybunał Praw Człowieka przypomniał swoje stanowisko:

  1. ochrona dobrego imienia wchodzi w zakres art 8 EKPC (prawo do poszanowania życia prywatnego);
  2. aby ten przepis miał zastosowanie, zamach na dobre imię (reputację) musi osiągnąć pewien poziom powagi i musi być dokonany w sposób powodujący uszczerbek w korzystaniu z prawa do poszanowania życia prywatnego;
  3. art. 8 EKPC nie może być przywołany, gdy utrata dobrego imienia jest przewidywalną konsekwencją własnych działań (np. popełnienia przestępstwa);
  4. art. 8 i art. 10 zasługują na jednakową ochronę i rozstrzygnięcie nie powinno zależeć od tego, czy skargę wniósł pomówiony (na podstawie art. 8), czy tez dziennikarz, redaktor, wydawca (na podstawie art. 10);
  5. w swoim orzecznictwie (np. we wspomnianej wyżej von Hannover nr 2) Trybunał wypracował kryteria, którymi kieruje się przy ocenie, której wartości (tj. ósemce czy dziesiątce) dać pierwszeństwo: przyczynienie się do debaty będącej przedmiotem powszechnego zainteresowania, stopień rozpoznawalności danej osoby, przedmiot publikacji, wcześniejsze postępowanie danej osoby, treść, forma i konsekwencje publikacji oraz – tam, gdzie to właściwe – okoliczności zrobienia fotografii lub uzyskania informacji.

Następnie Trybunał zastosował te kryteria w następującej kolejności:

  • rozpoznawalność skarżącej – Trybunał przyznał, że skarżąca jest osobą publiczną;
  • wcześniejsze postępowanie skarżącej – wprawdzie fakt wcześniejszej współpracy z prasą nie pozbawia człowieka całkowicie prawa do prywatności, jednak celebryta poszukując świateł fleszy i jupiterów de facto sam redukuje swoją prywatność;
  • treść, forma i konsekwencje publikacji – tytuł artykułu został uznany za sąd wartościujący. Trybunał zgodził się, że tytuł ten bezpośrednio nawiązywał do wypowiedzi skarżącej. Owszem była to dziennikarska interpretacja jej słów, do tego oceniająca je negatywnie, ale interpretacja nie była „oderwana od rzeczywistości”. Jeżeli chodzi o konsekwencje, to publikacja prasowa sprowadziła na skarżącą krytykę, jednak w istocie taką reakcję wywołała sama celebrytka;
  • metoda uzyskania informacji i jej prawdziwość – publikacja była wywiadem udzielonym świadomie i dobrowolnie przez skarżącą;
  • wkład publikacji w debatę będącej przedmiotem publicznego zainteresowania – w zasadzie sądy węgierskie nie badały tego wątku, jednak zdaniem Trybunału w tych okolicznościach nie stanowiło to błędu – skarżąca sama opowiedziała o swoich planach rodzinnych i zrobiła to w celu zaspokojenia ciekawości publicznej niektórych czytelników. Tym samym kwestia debaty publicznej straciła na znaczeniu.

Wszystkie powyższe czynniki (z wyjątkiem ostatniego, ale Trybunał udzielił tu rozgrzeszenia) zostały uwzględnione przez sądy krajowe, które zachowały słuszną równowagę (fair balance) pomiędzy swobodą wypowiedzi dziennikarskiej a prawem do prywatności wdowy po poecie.

Maciej Lubiszewski

Orzecznicze porządki

Jak się okazuje nie tylko tzw. przeciętny Kowalski wykorzystuje koniec roku do porządkowania swoich spraw.

Jeszcze przed Świętami – 19 grudnia 2017 r. – Wielka Izba wydała wyrok w sprawie Lopes de Sousa Fernandes przeciwko Portugalii, w którym skorygowała rozstrzygnięcie Izby w tej sprawie sprzed dwóch lat, sprzątając powstały wówczas bałagan.

Sprawa dotyczyła śmierci męża skarżącej. Pan Fernandes przeszedł w portugalskim szpitalu operację usunięcia polipów. Po powrocie do domu źle się poczuł. Różni lekarze stawiali różne diagnozy i włączali różne terapie. W efekcie chory zmarł.

Za sprawą skarżącej przeprowadzono szereg (jak się okazało, wieloletnich) postępowań, których celem miało być wyjaśnienie przyczyn śmierci Fernandesa. Wobec lekarza, który zwolnił chorego do domu wszczęto nawet postępowanie karne, jednak sąd uwolnił go z zarzutów.

Tu od razu rozprawmy się z jednym z wątków sprawy, tj. z naruszeniem art 2 EKPC w aspekcie proceduralnym. Jeżeli postępowanie, którego celem jest wyjaśnienie okoliczności śmierci lub pociągnięcie do odpowiedzialności osób, które do tej śmierci się przyczyniły trwa 9 lat, 11 miesięcy i 25 dni to kwestia odpowiedzialności państwa jest przesądzona. Izba uznała, że doszło do naruszenia art 2 w aspekcie proceduralnym. Wielka Izba to rozstrzygnięcie potwierdziła.

Centralnym punktem sprawy Lopes de Sousa Fernandes jest odpowiedzialność Portugalii za naruszenie materialnego aspektu art 2 Konwencji. Izba stwierdziła naruszenie również w tym zakresie.

I tu  zapędziła się trochę za daleko .

Wyrok został „zaskarżony” do Wielkiej Izby przez rząd portugalski. Do postępowania przystąpiły też rządy brytyjski i irlandzki.

Trybunał postanowił wyklarować swoje stanowisko w sprawach dotyczących błędów (zaniedbań) medycznych. Wielka Izba jednoznacznie potwierdziła jako zasadę, że (§ 186 wyroku) „w kontekście rzekomych błędów lekarskich, materialne obowiązki pozytywne państw dotyczące leczenia ograniczają się do regulacji, co oznacza obowiązek wdrożenia skutecznych ram prawnych zobowiązujących szpitale – prywatne lub publiczne – do przyjęcia odpowiednich środków w celu ochrony życia pacjentów.

W takich przypadkach do naruszenia materialnego aspektu art 2 Konwencji dojdzie wyłącznie, gdy te uregulowania prawne nie zapewnią właściwej ochrony życia pacjentów.

Obowiązek regulacyjny jest rozumiany przez Trybunał szeroko, jako obejmujący „obowiązek zapewnienia skutecznego funkcjonowania tych regulacji prawnych„, a zatem obejmujący „konieczne środki do zapewnienia implementacji, włączając w to nadzór i egzekwowanie (§ 189)”.

A ponieważ każda szanująca się zasada ma jakieś wyjątki, Wielka Izba wskazała dwa typy okoliczności, w których może powstać odpowiedzialność państwa za naruszenie materialnego aspektu art 2 EKPC:

  1. przypadki, w których życie pacjenta jest świadomie wystawione na zagrożenie poprzez odmowę zastosowania procedur ratujących życie. Nie dotyczy to przypadków, gdzie takie procedury zastosowano, jednak były one niekompletne, niewłaściwe lub spóźnione (moim zdaniem Trybunał podkreśla tu wyjątkowość okoliczności);
  2. przypadki, w których systemowa lub strukturalna dysfunkcja usług szpitalnych skutkuje pobawieniem pacjenta dostępu do procedur ratujących życie a władze krajowe wiedziały lub powinny były wiedzieć o istniejącym ryzyku, a mimo to nie podjęły żadnych środków, by zapobiec ziszczeniu się tego ryzyka, co naraziło życie pacjentów, w tym pacjenta, którego dotyczy badana sprawa na niebezpieczeństwo.

Wielka Izba zdaje sobie sprawę, że niekiedy trudno będzie rozstrzygnąć, czy dana śmierć spowodowana została przez „zwykły” błąd lekarski (bez generowania odpowiedzialności państwa z materialny aspekt art. 2), czy też przez odmowę dostępu do procedur ratujących życie(co będzie rodziło taką odpowiedzialność).

Sędziowie wskazali jednak czynniki, które – spełniane łącznie – przesądzą o wejściu w grę materialnego aspektu prawa do życia:

a. działania lub zaniechania lekarzy/ratowników muszą wykraczać ponad zwykły błąd lub zaniedbanie – osoby te musiały mieć świadomość, że odmawiając zastosowania procedur medycznych wystawiają życie pacjenta na zagrożenie

b. dysfunkcja, o której mowa wyżej musi być obiektywnie i autentycznie zidentyfikowana jako systemowa lub strukturalna, aby można ją było przypisać państwu – nie chodzi tu więc o pojedyncze przypadki

c. musi zachodzić związek pomiędzy zaskarżoną dysfunkcją i szkodą, której doznał pacjent;

d. dysfunkcja wynikała z nie wykonania przez państwo ciążącego na nim obowiązku wprowadzenia uregulowań prawnych.

Zastosowanie powyższych ustaleń do badanej sprawy było już proste: skarżąca nie twierdziła, że jej męża umyślnie pozbawiono życia, choremu  nie odmówiono dostępu do procedur ratujących życie, Trybunał nie dopatrzył się oznak strukturalnej lub systemowej dysfunkcji usług szpitalnych. Wreszcie działania/zaniechania lekarzy nie wykraczały ponad to, co Trybunał dość bezdusznie określa jako zwykły błąd lub zaniedbanie lekarskie (ang. a mere error or medical negligence).

W związku z powyższym zobowiązanie pozytywne Portugalii wynikające z materialnego aspektu prawa do życia jest w tej sprawie ograniczone do wydania stosownych regulacji prawnych. Z tego obowiązku władze krajowe wywiązały się, w więc nie doszło do naruszenia art 2 EKPC (w aspekcie materialnym).

Wyrok może wydawać się brutalny. Człowiek, który był pod opieką lekarzy umarł, a Trybunał uznaje, że wszystko jest OK.

Po pierwsze nie wszystko – nie wolno zapominać o aspekcie proceduralnym. Tu Portugalia przegrała i musi skarżącej zapłacić.

Poza tym fakt, że człowiek leczony umiera nie musi automatycznie oznaczać, że był leczony niedbale. Ważne, by istniały przepisy zobowiązujące szpitale do ratowania życia (zobowiązanie pozytywne w aspekcie materialnym prawa do życia) oraz, aby okoliczności śmierci były przedmiotem rzetelnego (w tym szybkiego) postępowania (zobowiązanie pozytywne w aspekcie proceduralnym prawa do życia).

Wyrok z pewnością klaruje stanowisko Trybunału i zapewne będzie cytowany przez Izby w przyszłych sprawach.

Maciej Lubiszewski

Biesłan.

Rosja ma w swojej historii dwa szczególnie dramatyczne ataki terrorystyczne: Dubrowkę i Biesłan.

Obydwa zakończyły się operacjami sił specjalnych, w których zginęły dziesiątki bezbronnych ludzi. Mam wrażenie, że akcje te miały na celu nie tyle uratowanie zakładników, ile zabicie terrorystów.

Obydwa ataki doczekały się swoich spraw w Strasburgu.

Atak teatr na Dubrowce z 2002 r. był kanwą dla sprawy Finogenov i inni przeciwko Rosji, w której Trybunał stwierdził naruszenie art 2 EKPC (brak właściwego przygotowania i przeprowadzenia akcji odbicia zakładników oraz skutecznego śledztwa)

Atak na szkołę w Biesłanie z 2004 r. został kilka dni temu (13 kwietnia) oceniony przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w wyroku w sprawie Tagayeva i inni przeciwko Rosji.

Przytaczanie stanu faktycznego chyba nie ma większego sensu. Pomysł, aby celem ataku uczynić dzieci, ich rodziców i nauczycieli mógł powstać wyłącznie w umyśle psychopaty i nie miał nic wspólnego z walką o wolną Czeczenię.

Nagrania dowodzą, że akcja antyterrorystyczna była totalnie bezładna. Rosjanie zaatakowali tych zbirów wszystkim, co mieli pod ręką. Użyto czołgów, granatników, miotaczy ognia. Nie trzeba być znawcą, by uznać, że nie jest to arsenał typowy dla takich akcji.

W efekcie zginęło ponad 330 osób, w tym 180 dzieci.

Werdykt Trybunału jest do pewnego stopnia zbieżny z wyrokiem w sprawie Finogenov:

  • Rosja naruszyła art 2 EKPC poprzez niedostateczne przygotowanie i przeprowadzenie akcji odbicia zakładników;
  • Rosja naruszyła wynikający z art 2 EKPC obowiązek przeprowadzenia skutecznego śledztwa, które wyjaśniłoby, czy użycie siły przez funkcjonariuszy było uzasadnione.

Do tego dochodzi naruszenie art 2 EKPC w aspekcie materialnym. O ile samo użycie siły przeciwko terrorystom było uzasadnione, użyte środki (czołgi, miotacze ognia, granatniki i inna ciężka broń i amunicja, a więc broń nieselektywna – indiscriminate weapons) stały w rażącej dysproporcji wobec standardu „absolutnej konieczności” wynikającego z art 2.  W tym kontekście Trybunał zauważył, że przyczyniły się do tego wątłe regulacje prawne dotyczące użycia siły.

O dwóch nowych – w stosunku do sprawy Finogenov – aspektach trzeba jeszcze wspomnieć.

Po pierwsze, Trybunał dopatrzył się naruszenia art. 2 EKPC poprzez zaniechanie podjęcia przez władze krajowe środków prewencyjnych.

Obowiązek pozytywny w postaci prewencyjnej ochrony życia został już zidentyfikowany w orzecznictwie. Częściej dotyczył on jednak konkretnych osób (np. umieszczenie więźnia w jednej celi z więźniem niebezpiecznym dla otoczenia – zdiagnozowanym schizofrenikiem). Beneficjentem takiej ochrony jest również społeczeństwo (Trybunał określa to jako „the obligation to afford general protection to society”).

Ten ostatni wątek został wykorzystany w omawianej sprawie. Jak się okazuje, władze rosyjskie wiedziały o tym, że terroryści planują opanowanie jednej ze szkół, jednak nic w tej sprawie nie zrobiły.

Po drugie, Trybunał spojrzał na tę tragiczną sprawę z perspektywy art. 46 EKPC i uznał, że Rosja powinna wyciągnąć lekcję z przeszłości i przyjąć pewne środki o charakterze indywidualnym i generalnym, które zapobiegną takim sytuacjom na przyszłość.

Takie środki mogłyby obejmować dalej idące korzystanie z pozasądowych środków gromadzenia informacji i ustalania prawdy, publiczne uznanie i potępienie naruszeń prawa do życia w trakcie operacji związanych z bezpieczeństwem oraz szersze rozpowszechnianie informacji i lepsze szkolenie policji„.

Ponadto Trybunał uznał za pożądane stworzenie „odpowiednich ram prawnych, w szczególności zapewniających adekwatność krajowych aktów prawnych odnoszących się do operacji na dużą skalę w zakresie bezpieczeństwa oraz mechanizmów współpracy między władzami wojskowymi, służbami bezpieczeństwa i cywilnymi w takich sytuacjach, a także klarowne sformułowanie reguł rządzących zasadami i ograniczeniami użycia siły śmiercionośnej w trakcie operacji związanych z bezpieczeństwem, odzwierciedlających stosowne normy międzynarodowe„.

W szczególny sposób wyartykułowano obowiązek dotyczący śledztwa w sprawie domniemanych nieprawidłowości. Tu Trybunał uznał, że śledztwo powinno być kontynuowane z uwzględnieniem konkluzji, do których doszedł Trybunał w omawianym wyroku. „W szczególności niniejsze dochodzenie powinno wyjaśnić główne okoliczności użycia broni nieselektywnej przez funkcjonariuszy państwowych i oceniać ich działania w świetle wszystkich znanych faktów. Powinno również zapewnić właściwą kontrolę opinii publicznej poprzez zapewnienie ofiarom dostępu do kluczowych dokumentów, w tym sprawozdań ekspertów, które miały kluczowe znaczenie dla wniosków z dochodzenia w sprawie przyczyn śmierci i odpowiedzialności urzędników„.

Nie zdziwię się, jeżeli wyrok Izby zostanie zaskarżony do Wielkiej Izby – to prawo rządu rosyjskiego.

Ważniejsze jest jednak, by Rosja jak najszybciej wdrożyła postulowane środki. Skorzysta na tym rosyjskie społeczeństwo (lepiej chronione przez znowelizowane prawo i przeszkolone służby) oraz same władze, które nie będą musiały wstydzić się kolejnej krwawej kompromitacji.

Chyba że zwycięży filozofia Stalina, w myśl której „ludiej u nas mnogo„.

Maciej Lubiszewski

PS. Ta kropka na końcu tytułu jest celowa.

IV Konferencja Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego

Od pewnego czasu na przełomie maja i czerwca spotykamy się w olsztyńskim Kortowie na Konferencji Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego.

Dotychczas poziom merytoryczny i „towarzyski” 🙂 był bardzo wysoki. Trudno się dziwić: lasek, jeziorko, keja, ognisko, grill – w takich okolicznościach o wszystkim można porozmawiać.

Jestem przekonany, że podobnie będzie również w tym roku. Wszystkich chętnych serdecznie zapraszam. Część informacji na nieśmiertelnym „fejsie„.

Szczegóły wyślę e-mailem – proszę tylko do mnie napisać (m.lubiszewski@uwm.edu.pl).

Do zobaczenia.

Profesor Zybertowicz w Strasburgu

Dziś Trybunał wydał m.in. dwa wyroki w sprawie Zybertowicz przeciwko Polsce i Zybertowicz przeciwko Polsce nr 2.

Co ciekawe, na stronie Trybunału nie ma specjalnej wzmianki o tych orzeczeniach i chyba mnie to nie dziwi. Sprawy nie wnoszą do orzecznictwa nic nowego – potwierdzają standard znany z niemieckich spraw z 2012 r.: Axel Springer czy Von Hannover.

Podobnie nie dziwi mnie to, że w Polsce wyroki wywołały żywą reakcję mediów i komentatorów.

W końcu chodzi o głośne procesy Michnik kontra Zybertowicz.

Sprawa pierwsza

14 marca 2007 r. w Rzeczpospolitej ukazał się artykuł pt. „Żurnaliści pod wpływem autohipnozy”. Skarżący – Andrzej Zybertowicz odniósł się do wypowiedzi Seweryna Blumsztajna, według którego ten pierwszy teraz zabiera głos, choć za komuny siedział cicho. Profesor Zybertowicz stwierdził: „To już klasyka. Adam Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu,m to teraz ja mam rację„.

I o to wytłuszczone wyżej zdanie Pan Adam Michnik pozwał Pana Andrzeja Zybertowicza.

Polskie sądy uznały to za wypowiedź o faktach (statement of fact), a ponieważ pozwany nie dowód, ze powód coś takiego kiedykolwiek powiedział, sąd uwzględnił powództwo i zasądził 10.000 zł. na cel charytatywny, obowiązek publikacji przeprosin i koszty procesu.

Trybunał niejednokrotnie wypowiadał się do ważeniu dwóch przeciwstawnych interesów: prawa skarżącego (w tym przypadku swobody wypowiedzi) i uprawnionego celu ingerencji (często chodzi o interes ogólny w stylu bezpieczeństwa publicznego, w tym przypadku chodziło o dobre imię i prawa innych osób, tj. Pana Adama Michnika).

W takich sprawach jak omawiana, Trybunał bierze pod uwagę:

a. kim jest osoba, której dotyczy dana wypowiedź  – tzw. public figure musi mieć twardszą skórę

b. czy wypowiedź mieści się w debacie będącej przedmiotem ogólnego zainteresowania (debate of general interest) – w takiej debacie art 10 ust 2 EKPC pozostawia niewiele miejsca na ograniczenia wolności ekspresji.

Trybunał uznał, że nie jest możliwe jednoznaczne zaklasyfikowanie wypowiedzi Profesora Zybertowicza jako wypowiedzi o faktach. Można ją również uznać za osąd wartościujący (value judgment).

Sądy krajowe nie przyłożyły należytej wagi do rozstrzygnięcia tej kwestii. W szczególności nie wzięto pod uwagę materiału dostarczonego przez skarzącego, z którego wynikało, iż Pan Adam Michnik odwoływał się do swojego uwięzienia w czasach słusznie minionych.

W konsekwencji Trybunał uznał, że doszło do naruszenia art 10 EKPC. Trybunał przyznał skarżącemu odszkodowanie (za szkodę pieniężną) w wysokości również kwotom zasądzonym od niego przez sądy krajowe. Ponadto Trybunał przyznał również zadośćuczynienie (za szkodę niepieniężną) w wysokości 2000 EURO.

Na marginesie dostrzegam tu jedno z wielu kuriozów polskiego piekiełka: Zybertowicz odnosząc się do wypowiedzi Blumsztajna, obraził Michnika za co ostatecznie zapłaci polski podatnik.

Sprawa druga

W tej sprawie Pan Michnik pozwał Profesora Zybertowicza za jego wypowiedź następującej treści (opublikowana również w „Rzepie” tyle że w 2008 r.): „Swoją drogą to ciekawe, kto mnie dotychczas pozwał do sądu: dwóch agentów i jeden ich zaciekły obrońca

Tutaj także polskie sądy uznały, że była to wypowiedź o faktach: Adam Michnik miał być zaciekłym obrońcą Milana Suboticia i Zygmunta Solorza. O ile powszechnie znany był stosunek Pana Michnika do ustawy lustracyjnej, o tyle nie ma dowodów wskazujących na obronę tych dwóch konkretnych osób.

W tym przypadku jednak, Trybunał dostrzegł, że sądy miały świadomość kontekstu wypowiedzi (publiczna debata o lustracji), a nawet jej sensu (odnosiła się ona do stosunku Adama Michnika do ustawy lustracyjnej).

Mimo to, z treści tej wypowiedzi czytelnik gazety mógł wyciągnąć wniosek, że Pan Michnik faktycznie bronił tych agentów, usprawiedliwiał ich i dążył do uniknięcia przez nich odpowiedzialności za niecne sprawki.

A to już nie miało związku z faktami.

Co do konsekwencji finansowych (tu również wpłata na zbożny cel, publikacja przeprosin i koszty procesu), Trybunał docenił analizę sytuacji finansowej skarżącego dokonaną przez sądy krajowe. W konsekwencji zasądzone kwoty nie były nieproporcjonalne.

Trybunał uznał, że sądy krajowe właściwie zważyły przeciwstawne interesy i dokonana przez nie ocena sprawy była zgodna ze standardami wyznaczonymi przez orzecznictwo strasburskie.

W efekcie wyrok dla rządu korzystny 😉

Wiele lat temu Adam Michnik ogłosił, że będzie pozywał każdego kto będzie opluwał jego dobre imię. Oczywiście ma do tego pełne prawo, jednak nie można zapominać, że jest (lub był) szefem największego dziennika w Polsce i dysponuje możliwością odpłacenia plującemu pięknym za nadobne.

Grożenie procesami nie sprzyja rozwijaniu się wolnej debaty publicznej, ponieważ zniechęca niektórych krytyków do zabierania głosu w debacie publicznej.

Inna sprawa, że jakość debaty publicznej w Polsce już od dawna sięgnęła bruku – i to dotyczy obu stron, więc nie wiem, czy jest czego bronić.

Druga uwaga ogólna dotyczy kwestii w sumie technicznej, na którą zwrócił uwagę sędzia litewski Kuris. Połączenie tych spraw sprawiłoby, że wychwycenie różnic w ocenie Trybunału byłoby dużo łatwiejsze.

Chociaż wówczas pojedynek zakończyłby się zwycięstwem Profesora Zybertowicza, a tak jest remis.

Smutna wiadomość

Kilka godzin temu – we wtorek (7 czerwca) – otrzymaliśmy z Jakubem bardzo smutną wiadomość o śmierci Pana Jakuba Wołąsiewicza.

Być może wielu Czytelnikom to nazwisko mówi niewiele (chociaż zapewniam, że bazie HUDOC roi się od orzeczeń, w których Pan Wołąsiewicz jest wymieniony).

Pan Ambasador był przez długie lata Pełnomocnikiem Ministra Spraw Zagranicznych i reprezentował nasz kraj w postępowaniach przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka.

Po odwołaniu z tej funkcji otrzymał zadanie zorganizowania konsulatu w Doniecku, który wkrótce stał się areną krwawego konfliktu. Wtedy zasłynął z akcji wyciągania z tamtego rejonu naszych rodaków.

Nie zaliczam się do kręgu bliskich znajomych Pana Ambasadora. Jest bardzo wiele osób, które mogą powiedzieć o Nim dużo więcej. Ale mimo to podzielę się dwoma swoimi wspomnieniami.

Pierwsze, to któryś finał Olimpiady o Prawach Człowieka na UMK w Toruniu. Siedzieliśmy w sali posiedzeń Rady Wydziału. Padło pytanie „Kto ma kluczyk do pokoju…?„.

Odkrzyknąłem wtedy „Kubuś” myśląc o Jakubie Czepku.

Siedzący obok mnie Pan Ambasador odwrócił się w moją stronę i całkowicie normalnym tonem powiedział „Ja nie mam„.

Oczywiście zacząłem go przepraszać, wyjaśniać. Było mi wstyd. Ale nawet przez chwilę nie odczułem choćby cienia pretensji z Jego strony. Więcej, był tą sytuacją rozbawiony i chyba mu ten mój „Kubuś” przypadł do gustu.

Ten mój pierwszy kontakt ustawił moje wyobrażenie o Panu Wołąsiewiczu, jako o kimś ciepłym, lubiącym ludzi.

Drugie wspomnienie to również UMK i spotkanie ówczesnego już Konsula z Doniecka ze studentami tamtejszego Wydziału Prawa. Znalazłem się tam przypadkiem. Spotkałem Michała Balcerzaka i Marcina Kałduńskiego, którzy zaproponowali mi, abym wpadł na to spotkanie. Pamiętam, że mieliśmy jeszcze pogadać z Michałem, ale wystąpienie Pana Wołąsiewicza było tak pasjonujące, że siedzieliśmy w ciszy zasłuchani.

Dopiero któryś telefon z jakąś pilną sprawą (pamiętam nawet, z jaką) wyrwał mnie z tego spotkania.

Podobało mi się Jego wystąpienie. Szczerze przyznam, że niemal całą swoją wiedzę o regionie donieckim zaczerpnąłem z tamtego wykładu.

Zresztą inne jego wystąpienie (też na UMK, tyle że w ramach Warszawsko-Toruńskiego Kolokwium Praw Człowieka) skłoniło mnie do przyjrzenia się reformie Trybunału, a w szczególności wyrokom pilotażowym. Potem było spotkanie z Kubą (Czepkiem), decyzja o wniosku do NCN, grant, książka…

Wkrótce pogrzeb. Mam nadzieję, że Rzeczpospolita godnie pożegna swojego oddanego przedstawiciela.

Maciej Lubiszewski

 

Powtórka z Ilascu (?)

Jednym z ciekawszych zagadnień analizowanych na gruncie EKPC jest kwestia ekstraterytorialnej (lun jako niektórzy wolę – eksterytorialnej) odpowiedzialności państwa-strony.

Zagadnienie tym ciekawsze, gdy chodzi o Rosję i terytorium faktycznie (choć niekoniecznie legalnie) przez niż kontrolowane.

Obserwatorzy orzecznictwa Trybunału z pewnością znają lub choćby kojarzą sprawę Ilascu i inni przeciwko Mołdawii i Rosji.

Otóż spieszę donieść, że 23 lutego Wielka Izba ma ogłosić wyrok w sprawie Mozer przeciwko Mołdawii i Rosji.

Zobaczymy, czy nowa odsłona problemu stosowania Konwencji w Naddniestrzu będzie różniła się od wersji A.D. 2004.

Jak tylko ogarnę sprawy bieżące (w tym przygotowania do III Konferencji Praw Człowieka i Międzynarodowego Prawa Humanitarnego, o której zapewne będziemy pisać na blogu), siądę do lektury orzeczenia.

Nie wykluczam, że sprawie poświęcimy jeden z wpisów.

Maciej Lubiszewski

Masz to jak w banku (?)

Statystyki dotyczące wpisu o sprawach podatkowych dowodzą, że spora cześć naszych Czytelników interesuje się tym – co by nie mówić – marginalnym wątkiem orzecznictwa strasburskiego.

To daje do myślenia.

Kiedy więc Trybunał wydał wyrok w sprawie G.S.B. przeciwko Szwajcarii pomyślałem, że warto mu poświęcić kolejny wpis.

Nie trzeba być znawcą podatków, by wiedzieć, że ci, którzy mają do zapłacenia spory podatek próbują swoje zobowiązanie wobec fiskusa – jak to się ładnie nazywa – optymalizować.

Taka jest natura podatnika: woli zapłacić mniej niż więcej.

Czasem wiąże się to z transferowaniem środków za granicę.

Jak się okazało, tysiące amerykańskich podatników ulokowało swoje pieniądze w jednym z największych szwajcarskich banków, nie zgłaszając tego faktu amerykańskim organom podatkowym.

Amerykanie znanymi sobie sposobami skłonili Szwajcarów do współpracy.

Bank szwajcarski przyznał się, że nakłaniał podatników amerykańskich do ukrywania swoich aktywów i przychodów przed ich fiskusem. Władze amerykańskie zawiesiły jednak postępowanie karne, ponieważ bank zgodził się zapłacić 780 milionów dolarów.

Po drugie, rząd szwajcarski zawarł z USA porozumienie, na mocy którego władze amerykańskie mają prawo uzyskać od szwajcarskiego banku informacje o „swoich” podatnikach, którzy otworzyli tam rachunki.

To właśnie procedura, w wyniku której amerykański urząd podatkowy uzyskał informacje o szwajcarskim koncie skarżącego stała się kanwą omawianej sprawy.

Skarżący uznał, że przekazanie tych informacji stanowiło naruszenie art 8 Konwencji (w zakresie życia prywatnego) oraz art 14 w zw. z art 8 EKPC (dyskryminacja klienta banku-podatnika USA).

Transfer danych bankowych stanowił ingerencję w prawo do poszanowania życia prywatnego. To akurat było bezsporne.

Trybunał musiał ocenić, czy ta ingerencja była dopuszczalna w świetle klauzuli limitacyjnej (art 8 ust 2 EKPC).

Pewne wątpliwości musiała budzić legalność tej ingerencji. Procedura uzyskiwania danych rozpoczęła się jeszcze przed wejściem w życie porozumienia szwajcarsko-amerykańskiego.

Trybunał uznał jednak, że zgodnie z Konwencją Wiedeńską o Prawie Traktatów strony traktatu mogą wprowadzić jego retroaktywny skutek.

Ponadto (co z punktu jednostki chyba nawet jest istotniejsze) szwajcarski Sąd Federalny konsekwentnie dopuszczał taki skutek wobec norm o charakterze proceduralnym.

Wspierany przez prawnika skarżący powinien więc być świadomy, że obowiązek dostarczenia pewnych informacji może wynikać z norm wprowadzonych mocą wsteczną.

 W konsekwencji Trybunał uznał, że ingerencja była „przewidziana przez prawo”.

Celem legitymizującym ingerencję była ochrona sektora bankowego, który – jak powszechnie wiadomo – stanowi szczególnie istotną gałąź szwajcarskiej gospodarki (obok zegarmistrzostwa 🙂 ). Przekładając to na język art 8 ust 2 EKPC, chodziło o „dobrobyt gospodarczy kraju”.

Jeżeli chodzi o konieczność w społeczeństwie demokratycznym, Trybunał wziął pod uwagę trzy czynniki.

Po pierwsze, interesy gospodarcze i potrzeba wywiązania się z międzynarodowych zobowiązań – zdaniem Trybunału – miały pierwszeństwo przed wolnością jednostki.

Po drugie, przekazane informacje dotyczyły wyłącznie rachunku bankowego, miały zatem czysto finansowy charakter. Nie mówiły nic więcej o życiu prywatnym skarżącego.

Po trzecie, skarżącemu przysługiwały różne gwarancje proceduralne, z których zresztą korzystał – czasem skutecznie.

W ramach autorskiego komentarza mam dwie uwagi.

a. sprawa pokazuje, że prawa człowieka nie mogą stanowić tarczy umożliwiającej nielegalne unikanie płacenia podatków

b. nie podoba mi się pierwszy z argumentów uzasadniających konieczność ingerencji. Można odnieść wrażenie, że interesy gospodarcze kraju z natury przeważają nad interesem jednostki. Nie sądzę, aby to chciał powiedzieć Trybunał. To samo dotyczy zobowiązań prawnomiędzynarodowych. Mam nadzieję, że gdyby to był jedyny argument, Trybunał uznałby go za niewystarczający.

Maciej Lubiszewski

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: